Jeśli dziecko nie napotka czegoś nowego na lekcji – zwłaszcza pierwszak – nie wróży to nic dobrego.
Najważniejszym momentem jest według mnie poznanie go: zrozumienie, gdzie jest w swojej strefie rozwoju i chwycenie za rękę. Takiego ucznia mogę prowadzić dalej – przez lekcję, która jest wyzwaniem i daje nowe umiejętności.
Dostrzeżone predyspozycje
W naszej szkole nawet uczeń klasy pierwszej, który ma umiejętności klasy pierwszej, może realizować dalszy plan swojego rozwoju, jeśli nauczyciel zauważy, że jest ku temu okazja. Może pracować indywidualnie, na swoim poziomie. To m.in. dlatego Montessori jest takie cudne: lekcja jest wyzwaniem.
Po wytłumaczeniu zagadnienia dziecko pozostawiamy przez jakiś czas na samodzielnych ćwiczeniach nowych umiejętności. W każdej chwili może jednak zwrócić się do nauczyciela o pomoc, pozostając pod jego czujną obserwacją.
Uczeń, który pracuje szybciej
Tego dnia miałam okazję pracować z dziećmi z klas 1-3. W jednej grupie mamy trzy roczniki. Pierwszą z zaplanowanych rzeczy była kaligrafia cyfr. Lekcje rozpoczęłam od prezentacji na temat sposobu, w jaki zapisuje się datę. To było punktem wyjścia do lekcji pisania i… już w tym momencie ujawniły się różne poziomy, na których są dzieci.
Jeden z chłopców datę zapisał prawidłowo, więc sam z siebie zaczął pisać działania z liczbami, składającymi się z dwóch lub więcej cyfr, obliczając je prawidłowo. Ten uczeń miał za sobą już wszystkie poprzednie lekcje kaligrafii, potrafił też dodawać, odejmować czy mnożyć. Robił to bez mojej pomocy i ciągle pytał, co dalej. Powiedziałam mu, że teraz zajmę się klasą, więc może zjeść śniadanie, a później dokończę z nim indywidualną pracę.
Rozmowy o cyfrach
Z moim nowym uczniem, już najedzonym, spotkaliśmy się na rozmowie o działaniach. Zaczęliśmy dyskusję o liczeniu i o coraz większych wynikach – dzieci około 6. roku życia kochają ogromniaste liczby. Okazało się, że chłopiec potrafi mnożyć liczby jednocyfrowe przez 10, 100, 1000 itd., bez końca…. ale ma zagwozdkę, gdy trzeba pomnożyć dwucyfrową przez dwucyfrową, np. 20 razy 10. „Uff, złapany!” pomyślałam. „Mam cię. Nauczę cię, jak działa mnożenie na wielkich liczbach na dużym liczydle.” – moje serce pedagoga podskoczyło z radości.
Ogromniaste liczby
Wróciłam więc do tego nieobliczonego przykładu z jego zeszytu: 20 razy 10. „A takie przykłady można zrobić na liczydle płaskim.” zachęcałam go. Myślałam, że już nie będzie miał sił na zapoznanie się z kolejną pomocą montessoriańską, ale okazało się, że patrzy z zaciekawieniem. Zaprezentowałam mu więc, jak się jej używa. Zrozumiał i w mig wykonał swój przykład, osiągając prawidłowy wynik. Za chwilę pomnożył 20 razy 100, następnie 20 razy 1000. Przykłady ułożyły się pięknie:
- 20 x 10 = 200
- 20 x 100 = 2000
- 20 x 1000 = 2000
Podziwiając ten regularny zapis, zapytałam go, ile wyniesie 200000 pomnożone przez 1000000. Ogromniaste liczby robią wrażenie.
Myślał i myślał… Podpowiedziałam, żeby popatrzył, ile jest zer po jednej stronie znaku równości, a ile po drugiej oraz czy to może być jakaś powtarzalna reguła. Chłopiec spojrzał w zeszyt i nagle to dostrzegł. „Taaak! Tu są dwa zera i tu są trzy, a tu… Wiem, jak zrobić ten przykład!” ucieszył się.
Policzył całość od razu i chwycił za ołówek, aby wpisać prawidłowe rozwiązanie. Spojrzał na mnie z uśmiechem na twarzy. Pomilczeliśmy przez chwilę z satysfakcją: on zadowolony z nowej umiejętności, ja z pedagogicznego sukcesu. Podziękowałam mu za świetne spotkanie i obiecałam, że jutro znowu popracujemy razem.
Takich zwykłych niezwykłości w ciągu trzygodzinnej pracy własnej jest zawsze wiele…
Marzena Reszke